Beskid śląski

Polecamy:

Beskid śląski
opowieści

Oto trzy wybrane opowieść:

Bez wyciągu z Czantorii
trzecia opowieść

"Bez wyciągu z Czantorii". Lubię górskie wędrówki, a tego dnia wyruszyłem z kolegą od Kubalonki na Stożek Wielki. Przejście łatwe nie było, bo już mieliśmy troche w nogach, a wczoraj była również trudna trasa. Odpoczynek na Stożku był krótki, a dalej przez Soszów Wielki i Przełęcz Beskidek zmierzaliśmy na Wielką Czantorię. Cały dzień nie piliśmy piwa, aby zaoszczędzić na wyciąg krzesełkowy z Czantorii na dół do Polany. Niestety trudno jest zachować odpowiednie tempo na tak długiej trasie. Informacje na mapach w tamtych czasach celowo bywały nieprecyzyjne i chyba na taki szczegół natrafiliśmy. Stacja kolejki była dokładnie po drugiej stronie góry niż to pokazano na mapie. Również dzięki tym pomyłkom, spóźniliśmy się 10 minut. Zejście z ciężkimi plecakami było koszmarne. Niemal turlaliśmy się po stoku narciarskim.

Koniakowski opowieści
druga opowieść

"Koniakowski opowieści". Dawno temu, kiedy byłem małym chłopcem w naszym ogrodzie mieszkał koń Kleofas. Był bardzo wielki, a mi nie pozwalano się do niego zbliżać. Czasem widziałem jak sąsiad zaprzęgał go do prac polowych. Kleofas wtedy ciągnął pług upaprany często w błocie, a były też chwile, gdy jeździł furmanką na targ do Żywca. Miasto było bardzo daleko, a konik musiał długo ciągnąć bardzo ciężki wóz pełen ziemniaków, buraków lub różnych innych płodów rolnych które gospodarze sprzedawali w mieście. Kiedyś byłem w Żywcu i widziałem z daleka targ. Było tam mnóstwo ludzi i koni, a między furmankami nie sposób było przejść. Długo Kleofas był w mieście. Rano o świcie wyruszał na targ, a późnym wieczorem wracał z lampami, aby oświetlić plac przed domem. Tak naprawde nigdy nie widziałem wyjazdu Kleofasa, bo tak wcześnie nie wstawałem.

Zdobycie Baraniej Góry
pierwsza opowieść

"Zdobycie Baraniej Góry". Pewnego wakacyjnego popołudnia wpadłem na pomysł, aby pojechać z kumplem w Beskidy. Wybraliśmy Barania Górę, bo to przecież tam swoje źródła ma Wisła. Podróż koleją w tamtych czasach miała wiele zalet, a konkurencji prawie nie było. Jechaliśmy przez Katowice, w których była przesiadka, a potem w kierunku Zwardonia i wysiedliśmy na przystanku Laliki. Marsz w kierunku Baraniej Góry był troche wyczerpujący, bo słońce grzało niemiłosiernie, a Beskid Śląski w tamtym miejscu to głównie odkryte przestrzenie. Nocna jazda pociągiem stojąc i siedząc na korytarzu, dała się we znaki. Po dotarciu na szczyt poczuliśmy ulgę, że jednak cel został w szybkim czasie osiagnięty. Zeszliśmy do Pietraszonki, tam była fajna chatka studencka, a w niej jeszcze fajniejsze okazały się dwie dziewczyny z Elbląga.